Czy politykę i polityków można traktować poważnie? Wydawało by się, że tak. Mylne to jednak wrażenie. Oto bowiem, aby zostać elektrykiem, hydrauilikiem, złodziejem nawet trzeba skończyć jakąś szkołę lub przejść trening, niekiedy bardzo trudny. Aby zostać politykiem, wystarczy umieć kłamać, co często bez własnej zasługi potrafią charakteropaci, a nade wszystko mieć uśpione lub rozciągliwe sumienie, co również bez własnej zasługi posiadają różnej maści psychopaci. Nie ma szkół dla polityków, więc konieczne są wydziały politologii, gdzie studiują ci, którzy potrafią nam powiedzieć o czym politycy gaworzą. I słusznie, bo polityków się nie pozbędziemy nigdy. Jesteśmy na nich skazani - na różnych Lepperów, Wierzejskich, Kaczyńskich, Oleksych czy Giertychów. Taka już nasza uroda. Lubimy być reprezentowani. Kochamy pośredników. Ktoś wierzy w Boga i chce mu coś powiedzieć, ale nie mówi osobiście, nie - woli zapłacić księdzu - niech on będzie pośrednikiem i za niego mówi. Na tej samej zasadzie wybieramy polityków i cieszymy się, że mamy reprezentantów narodu. A to, że kłamcy, złodzieje, oszuści, gwałciciele itd. itd. to komu to przeszkadza? Dla mnie zatem POLITYKA TO ŻART.
Kategorie: Wszystkie | AKTUALNOŚCI | DONIESIENIA AGENCYJNE
RSS
wtorek, 08 maja 2012
Mój list do ks. Jerzego Popiełuszki po obejrzeniu filmu "Wolność jest w nas" 

Twoje ideały były tak proste, jak chrześcijaństwo. Godność, wolność od lęku, nienawiści, żądzy odwetu. Mówiłeś o solidarności i budowaniu wspólnoty. Pokazywałeś jak mieć "tak za tak i nie za nie... bez światłocienia". 

Co z tego zostało? Czy widzisz to dziś stamtąd, gdzie jesteś? Musisz być zszokowany. Sentymentalna panna "S" to dzisiaj wredna baba, która lata jak z piórem za jedną z partii politycznych. Tamci, młodzi, których znałeś, to dziś zgorzkniali i sfrustowani starcy, a kolejne pokolenie pojęcia nie ma, za co oddałeś życie.
Kiedyś wyszedłeś z sali rozpraw. Powiedziałeś, że uciekasz przed nienawiścią. Uciekłeś na sądowy korytarz. I już byłeś wolny od pogardy i nienawiści. Miałeś gdzie uciec, Księże Jerzy. Dziś nie miałbyś gdzie uciec. Nienawiść rozlała się jak szambo. Jej smród unosi sie nad Warszawą i nad kościołem św. Stanisława, który za Twoich czasów był azylem wolności i godności człowieka.
A jak by wyglądała dziś Twoja litania? Czy dodałbyś:
- Matko fałszywie oskarżanych o zamach na prezydenta!
- Matko rozbijających wspólnotę narodu!
- Matko opętanych rządzą władzy i odwetu!
Dodał byś takie wezwania?
A wiesz jak się zmieniła Jasna Góra? Pod "pałacem Królowej Polski, gdzie podobno przy sercu Matki bije serce narodu" rozłożyły się kramy handlujące kłamstwem i nienawiścią. A brygady, które dziś nazywamy "moherowymi", uzbrojone w parasolki i słowa-miecze potrafią zbluzgać i obić dziennikarzy. Za twoich czasów to był dom modlitwy. Dziś stał się jaskinią zbójców. 

Może myślisz, Księże Jerzy, że rewolucja "Solidarności" się nie udała? Może myślisz, że to wszystko co Ci piszę robi Jaruzelski, Kiszczak i Urban? Masz prawo tak myśleć, bo przecież przed tron Boga płynie tak często śpiew "Ojczyznę wolną, racz nam wrócić, Panie" i "Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana". Ale to nieprawda. Twoja i nasza ojczyzna jest wolna. Do twoich uszu dobiegają tylko slowa "zmienione chytrze przez krętaczy". Słowa, które muszą być najwyższą obrazą Boga, który powiedział o sobie: "Ja jestem Prawdą". 

A wiesz, Księże Jerzy, ile nienawiści i chamstwa na internetowych forach? Nie uwierzyłbyć, ale najwięcej tego chamstwa spotkałem na forach, gdzie gromadzą się katolicy. To pewnie dzieci i wnuki Twoich przyjaciół sprzed lat. Może to także ci młodzi, którzy na Twoim pogrzebie trzymali transparent: "Słowa Twoje poniesiemy". 

Czy warto było, Księże Jerzy? Czy nie żałujesz, że nie pojechałeś do Rzymu i nie ocaliłeś życia? Czy nie wkurza Cię wspomnienie własnej męki i śmierci za coś, po czym pozostało tylko wspomnienie? Mnie by wkurzało. Ale ja nie jestem święty, jak Ty. 

Nie życzę Ci, wiecznego odpoczynku, bo go mieć nie będziesz. Jeszcze wiele lat byle nienawistny szmondak, opętany żądzą władzy, pieniędzy i odwetu będzie sobie wycierał gębę twoim imieniem, bedzie się podszywał pod Twoje życie i śmierć. Nie mówię Ci więc "Odpoczywaj w pokoju". Powiem Ci: Trzymaj się Księże Jerzy. Trzymaj się tak jak kiedyś bez lęku przed tym, co się stanie.
Alo  
czwartek, 06 października 2011

W dniu 10 lipca 2007 rok do ówczesnego Marszałka Sejmu, Ludwika Dorna wpłynął projekt uchwały w sprawie skrócenia kadencji Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej. Większość z nas dobrze pamięta dlaczego skrócenie kadencji Sejmu było konieczne. Nie pamiętać mogą ci, którzy w tym roku po raz pierwszy wezmą udział w wyborach. Warto więc im o tym opowiedzieć, a innym przypomnieć.


Po wybuchu tak swanej seksafery w Samoobronie, premier Kaczyński postanowił pozbyć się niewygodnego koalicjanta. Zrobił to w sposób najgorszy z możliwych. Oddał sprawę w rece Mariusza Kamińskiego, szefa CBA, który miał zwyczaj nie liczyć się z prawem i dość oszczędnie gospodarować prawdą. Przy pomocy sfałszowanych dokumentów, na których widniał sfałszowany podpis wójta Mrągowa, postanowiono oskarżyć szefa Samoobrony, Adnrzeja Leppera o korupcję i przypuszczalnie aresztować. Prowokacja się nie udała. Lepper został zdymisjonowany i wycofał się z koalicji. Tym samym rząd Kaczyńskiego utracił większość parlamentarną. Drugi koalicjant wystraszył się i także wycofał się z koalicji z PiS-em, słusznie mniemając, że on będzie następny. W tej sytuacji nie pozostało nic innego, jak rozwiązać Sejm i ogłosić przedterminowe wybory.


Jarosławowi Kaczyńskiemu, nie wiadomo na jakiej podstawie wydało się, że następne wybory wygra i to tak wysoko, że będzie mógł rządzić samodzielnie (co najwyżej z bliźniakiem), czyli bez koalicjantów. Zalecił więc swoim posłom głosowanie za uchwałą w sprawie skrócenia kadencji Sejmu. Do tego momentu sprawa jest prosta i oczywista.


Rzecz w tym, że wniesiony do laski marszałkowskiej projekt uchwały posiadał uzasadnienie. Nie można głosować za uchwałą i jednocześnie być przeciw uzasadnieniu projektu. Tylko Lech Wałęsa, z właściwym sobie wdziękiem, potrafił być "za, a nawet przeciw". Ale to było na jego użytek i graniczyło z dowcipem, który nie bardzo przystaje do podejmowania przez Sejm RP decyzji.


Za przyjęciem przez Sejm uchwały w sprawie skrócenia kadencji Sejmu RP zagłosowali wszyscy posłowie PiS. Tym samym zgadzali się z treściami, zawartymi w uzasadnieniu pojektu. A były to treści dla PiS-u druzgocące. Oto treść tego uzasadnienia z druku sejmowego nr 2074:


UZASADNIENIE

Od dwóch lat, od chwili objęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, Polską wstrząsają narastające kryzysy polityczne, mające swe źródła w jakości koalicji rządzącej i sposobie sprawowania przez nią rządów. Nie ma miesiąca, żeby opinia publiczna – nie tylko krajowa, ale i europejska oraz światowa – nie dowiadywała się o niekompetencji, skandalach i korupcji, których źródła tkwią w układzie rządzącym.


Wczoraj, tj. 9 lipca 2007 r. ‐ w związku z podejrzeniem o korupcję, zdymisjonowano wicepremiera i ministra rolnictwa. Musiano też zdymisjonować ministra sportu, w związku z korupcją jego podwładnych. Przedwczoraj staliśmy się wszyscy świadkami skandalu, jaki wywołał toruński zakonnik ‐ o. Tadeusz Rydzyk, obrażając Głowę Państwa. Jego media są swoistym konfesjonałem dla polskiego premiera i ministrów, a on sam ‐ rodzajem guru dla partii rządzących. Nie spotkało się to z żadną reakcją pierwszych osób w państwie.


Nie tak dawno sejmowa komisja stała się miejscem kolejnej kompromitacji ministra spraw zagranicznych, który ‐ co się nie zdarzyło nigdy dotąd ‐ odmówił posłom informacji o rezultatach szczytu Unii Europejskiej. Samo spotkanie premierów państw UE w Brukseli dostarczyło ‐ i polskiej, i międzynarodowej ‐ opinii publicznej, dowodów na niekompetencję polskich władz i fałszywe pojmowanie interesu państwowego. Autorytet Polski wystawiono na szwank i kompromitację. To nie jedyny przykład działań w polityce zagranicznej, które przynoszą Polsce szkodę i ujmę. Bez mała rok temu Sejm stał się miejscem bezprzykładnej korupcji politycznej, ujawnionej przez media, która nie spotkała się z żadnymi konsekwencjami politycznymi czy karnymi.


To tylko kilka z licznych przykładów moralnej i politycznej degrengolady rządzących. Państwo w niepokojący sposób traci zdolność rozwiązywania problemów społecznych.

Od wielu tygodni trwa ciężki kryzys w służbie zdrowia, którego skutkiem są protesty lekarzy i pielęgniarek. Psuciu ulega system edukacji. Państwo stało się represyjne i wrogie swoim obywatelom. Coraz gorszej jakości prawo, stanowione jest na użytek celów partyjnych, często ideologicznych, a instytucje prawne podporządkowywane są rządzącej partii. W ten sposób złamano jedną z zasadniczych podstaw demokracji – trójpodział władzy. Państwo zostało politycznie zawłaszczone i przestało mieć charakter obywatelski.


Skutki polityki obecnej koalicji demolują świadomość społeczną, są niszczące dla materii społecznej i dla państwa; cofają nas cywilizacyjnie. Sytuacja, w jakiej znalazła się Polska ‐ w wyniku polityki obecnej koalicji, zagraża naszej zdolności do realizacji międzynarodowych umów i zobowiązań, jakie wzięliśmy na siebie. Jest wśród nich Euro 2012.


Wnioskodawcy są przekonani, że zahamowanie narastającego kryzysu może nastąpić wyłącznie w wyniku skrócenia kadencji Sejmu i rozpisania nowych wyborów parlamentarnych.


***

Tak to było. Nikomu z posłów PiS nie przyszło do głowy zaprotestować przeciwko takiemu uzasadnieniu. Nie wstrzymali się też od głosu. Dlaczego? Dlatego, że w gruncie rzeczy zgadzali się z treścią uzasadnienia. Trudno, żeby nie, gdyż prawda w nim zawarta to "oczywista oczywistość".


Po rozwiązaniu Sejmu, naród odetchnął z ulgą, a następnie tłumnie poszedł do urn wyborczych, by odsunąć PiS od władzy. I odsunął. Dziś wielu zapomniało już, co się wyprawiało w czasach rządów koalicji PiS-Samoobrona-LPR, czyli w tak zwanej IV RP. Pamięć wyborców bywa krótka. Dziś, po czterech latach, udało się PiS-owi takie przesunięcie akcentów oceny rządów PO, że wyborcy zamiast oceniać osiągnięcia i porażki rządu, skoncentrowali się na niespełnionych obietnicach wyborczych. Zupełnie tak, jakby PiS dotrzymał swoich obietnic.


Udało się też podburzyć kiboli, nie zwracając uwagi na to, że to bardzo niebezpieczna gra. PiS zafundował im tak zwany "tóskobus", by zadymiarze stadionowi i różnej maści bandziory agitowały przeciwko Tuskowi. I to jest najbardziej charakterystyczne: "przeciwko Tuskowi", nie "za Kaczyńskim". Sprytne. Czyżby prezes naiwnie mniemał, że po wygranych wyborach uda mu się zamknąć kiboli, lub choćby zamknąć im usta? Niedoczekanie. Wtedy dopiero zobaczy, z kim zawarł sojusz.


Wszystko w Waszych rękach, Wyborcy. U mnie i w mojej rodzinie, lęk o przyszłość kraju przodków osiągną zenit. Mimo to, wierzymy w Was.


Nie oddajcie Polski w ręce niebezpiecznych szaleńców.


01:03, abdank27
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 września 2011
Czytałem, że w zamierzchłych, słusznie minionych czasach schyłku komuny, ówczesny premier, Mieczysław Rakowski, w ramach uspokajania nastrojów społecznych zachęcał obywateli, by pisali do niego listy. Nawet obiecywał na niektóre odpowiadać. Akcja wypaliła, ale jak to zwykle bywa, pełzający wróg spróbował ją spostponować. Powstał więc dowcip, bo śmiech to znacznie ostrzejsza broń niż maczeta kibola. Do premiera napisała pewna emerytka. Krótko napisała, ale dość treściwie. Mianowicie spytała: "Panie premierze, JAK ŻYĆ??? Premier Rakowski "pochylił się" nad nieszczęściem emerytki i odpisał: "Krótko!"


Przypomniałem sobie ten dowcip, gdy słynny już dziś na całą Polskę pan paprykarz zadał to samo pytanie. Nie dowiemy się pewnie nigdy, czy paprykarz radomski znał ten dowcip i prowokował, żeby usłyszeć tę samą odpowiedź, czy też tak mu wyszło, że jego pytanie urosło do fundamentalnego hasła kampanii wyborczej.


Paprykarz radomski oburzył się na pana premiera. Bynajmniej nie dlatego, że nie usłyszał odpowiedzi na swoje prześliczej urody pytanie. Obraził się, ponieważ życzył sobie, by pan premier ponownie go odwiedził i najlepiej, żeby przywiózł z sobą folię, by przykryć biedne papryczki. Premier nie przyjechał, o folii zapomniał, więc pan paprykarz stanął na wiecu obok Jarosława Kaczyńskiego słusznie mniemając, że po zwycięstwie PiS nowy premier, będzie przyjeżdżał na żądanie, folii bedzie pod dostatkiem, a konkurencję paprykową zaraza wydusi.


Tak sobie myślałem do dziś. Jakież było moje zdziwienie, gdy się dowiedziałem, że pan paprykarz radomski to nie taki sobie skromny paprykarz tylko były polityk, czy raczej politykier. Prawda, że lokalny, ale jednak. Doszedł nawet do stanowiska przewodniczącego jakiejś tam rady, z którego spadł na wniosek radnych.


I wszystko zaczyna mi się układać. Prezes nakrywa polski dostatni stół, przy którym pożywią się absolutnie wszyscy Polacy, pod warunkiem, że prawdziwi. A jaki byłby to dostatni stół bez przystawki. Ale tym razem to nie jakieś "pięć piw" zamawiane przez patriotycznych wszechpolskich młodzieńców, nie jakieś tam zboże, podobno zanieczyszczone przez imperialistów, ale śliczna czerwona, zielona i żółta papryka. Danie zdrowe, zaostrzające apetyt i nie żaden tam import, lecz nasze, polskie, ekologiczne... chociaż jak tak patrzałem na wielkość i gładkość papryki pana paprykarza, to mam pewne wątpliwości. Ale czepiał się nie będę.


Smaczego drodzy polscy Przyjaciele! Smacznego!

Umarł Lepper, niech żyje Lepper!

wtorek, 17 maja 2011
Zaczęło się po Bożemu. "Szczęść Boże" - powiedział Grzegorz Braun, podobno człowiek kultury, publicysta i reżyser. Dalej też było kulturalnie: "proszę", dziękuję"... uśmiechy, ukłony. Pan Braun zapewne również katolik, bo zapraszany do "katolickiego głosu w twoim domu" czyli do Radia Maryja, zaproszony także na Katolicki Uniwersytet Lubelski przez Polonia Christiana i jakieś koło naukowe. Pełna kultura i pełne chrześcijaństwo.

Nie wiem ilu było uczestników spotkania z panem Braunem, bo kamera na statywie pokazywała tylko jego twarz. Pytania padały spoza kadru. Generalnie można było odróżnić kilka zaledwie głosów, w tym jeden z całą pewnością nie studencki, bo należący do mężczyzny w wieku 50-60 lat. Szkoda, że nie wiemy ile osób uczestniczyło w tym żenującym spektaklu. Odnosiło się wrażenie, że pięć lub sześć.

Ale zgromadzonych przedstawiono. Jeden ze studentów określił ich jako "konserwatystów, prawicowców i katolików". W odpowiedzi pan Braun uściślił w sposób niejako pośredni, kim są uczestnicy spotkania. A raczej kim nie są. Nie są polskimi inteligentami. Trochę szokujące jak na spotkanie ze studentami uczelni wyższej, ale nie czepiajmy się szczegółów. Pan Braun raczył zauważyć, że polscy inteligenci to ostoja komuny pojętej szeroko - bolszewicy, jakobini i reformatorzy. Dzięki temu uściśleniu dowiadujemy się, że ani on, ani jego słuchacze ostoją komuny nie są, a więc nie należą także do polskiej inteligncji. Po prostu są "konserwatystami, prawicowcami i katolikami". Inteligencja, nawet ta z KUL-u ma - według Brauna - zlasowane mózgi, co raczej świadczy, że stanowią komunę. Do komuny zaliczył Komisję Edukacji Narodowej, jakobinów, ludzi Oświecenia, polską inteligencję, także duchownych. Krótko mówiąc, dla Brauna komuną są wszyscy z wyjątkiem jego samego oraz "konserwatynych, prawicowców i katolików". Oczywiście nie wszystkich katolików, lecz tylko tych, którzy umieją przywalić bliźnim.

Nie wiem po co studenci pytali reżesera filmów krótkometrażowych, który na dodatek nie zalicza się do inteligencji, a i jego katolicyzm jest mocno wątpliwy o cokolwiek. Czy nie lepiej kupić sobie Biblię, czytać ją, rozmyślać nad nią. Czy nie lepiej zapatrzyć się w postać Jezusa z Nazaretu? On wiedział co robić.

Nie odnoszę się do treści filmu, bo go nie widziałem. I choć z niektórymi tezami z pewnością bym się zgodził, a z innymi nie, to uważam, że jeśli ma się skłonność do wymachiwania maczugą słowa, by walić po łbach braci w Chrystusie, to nie trzeba się wygłupiać z ubolewanie, że biednym zarodkom zimno w ciekłym azocie.

Może studenci zbyt byli zajęci formułowaniem pytań, by zauważyć, że w jednej z odpowiedzi, padło nazwisko zmarłego Wielkiego Kanclerza ich uczelni. Padło nazwisko, ale i coś więcej. Pseudo konspiracyjne człowieka, który jeszcze żyje, a w wiadomym celu przypisane abp. Życińskiemu - TW Filozof. I w tym momencie, wszystkim na sali winien zadźwięczeć dzwonek alarmowy. Nie wierzę, by wszyscy byli tylko "konserwatywnymi prawicowymi katolikami". Z pewnością większość z nich to mimo wszystko inteligencja, przyszła polska inteligencja katolicka.

Braun nie wymienił innego TW z KUL-u, abp. Stanisława Wielgusa, mimo że w jego przypadku mamy pewność kim był. A nie wymienił nie dlatego, że się zreflektował, lecz dlatego, że Wielgus jest pupilem Radia Maryja, na którym Braunowi zależy, bo nie sądzę, by jakieś poważne media chciały z nim jeszcze rozmawiać. Pozostało mu tylko Radio Maryja, TV TRWAM, Nasz Dziennik i Gazeta Polska.

Dzwonek alarmowy nie zadźwięczał, ale znalazł się student, który odważył się zaprotestować, stanąć w obronie byłego profesora, którego wykłady przyciągały tłumy studentów, nie tylko KUL-u, lecz także Berkeley, Oxfordu, Paryża, Rzymu, Sydney i wszystkich katolickich uniwersytetów w Stanach Zjednoczonych. Do tego typu inteligencji pan Braun rzeczywiście nie należy. Przypadkiem na ten temat powiedział prawdę.

Protest studenta wywołał u Brauna coś, co przypominało jakiś niezrozumiały wytrysk nienawiści. Może dlatego, że protest był jednostkowy. Tylko jeden student zdobył się na sprzeciw. Mało tego, student prowadzący spotkanie próbował go uciszyć. A więc nie przeszkadzały mu pomyje wylewane na byłego Arcypasterza Archidiecezji. Przeszkadzał mu człowiek, który stanął w obronie Zmarłego. Tocząc pianę, nie-inteligent Braun wygłosił słowa, które na długo będziemy pamiętali. Braun katolik nie raczył uznać sakry abp. Życińskiego. Nazywał go "człowiekiem podającym się za arcybiskupa". Znaczy to ni mniej ni więcej tylko oszust, podający się za biskupa. A dalej: "Józef Życiński (tym razem już nie biskup), jako uczestnik życia publicznego w Polsce był kłamcą i łajdakiem i łajdactwem nazywam przyczynianie się do szerzenia zamętu wśród bliźnich i rodaków. Zamętu w sprawach kluczowych w płaszczyźnie politycznej, społecznej, w tym świeckim wymiarze dziejów. Łajdactwem było perfidne oszukiwanie opinii publicznej w sprawach lustracyjnych".

"Ubrał się diabeł w ornat i ogonem na mszę dzwoni" - chciałoby się powiedzieć. Nie wspomnę już, że decyzję w sprawie stosunku do lustracji podjął cały Episkopat Polski i dobrze wiemy dlaczego. Ale Braunowi bynajmniej nie chodziło o lustrację. Braun się zapienił, bo nie został z kamerą wpuszczony na posiedzenie jakiejś komisji kościelnej w Lublinie, że arcybiskup drukował w Gazecie Wyborczej, którą Braun dziwacznie określał "gwiazdą śmierci z Czerskiej" i innych "bolszewickich gazet". Tu już nie powiedział które gazety są bolszewickie. Zapewne wszystkie z wyjątkiem Naszego Dziennika i Gazety Polskiej. Braun jest polskim monarchistą. Nie wiem, czy przez jakiegoś króla (bo pewnie takiego mają monarchiści) zostanie nagrodzony tytułem książęcym czy wręcz przeciwnie. A może już jest księciem panem, więc stąd wypływać jego pogarda. Tak, pogarda, bo tylko ją wyczuwało się podczas ponad godzinnego bredzenia o niczym. Pogarda dla inaczej myślących, pogarda dla inteligencji, pogarda dla pasterzy Kościoła. To książę pan dopuścił się łajdactwa. Mianowani książęta tak mają. Książęta krwi nie.

Trudno wymienić wszystkie nonsensy, które Braun opowiadał. Od zagadnień metafizycznych (choć sprawiał wrażenie, że w ogóle nie wie, co to jest metafizyka), aż po prawo naturalne, które zamiast w Biblii odnalazł w starożytnym Rzymie. Jak on to zrobił - nie pojmę. Ale przecież w gruncie rzeczy nie o Brauna mi chodzi.

Jestem absolwentem uniwersytetu katolickiego. Pamiętam rozmowę z jednym z księży profesorów, który informował mnie, że na katolickiej uczelni zdobędę nie tylko wiedzę, ale także katolicką formację. Kiedy nieśmiało zaznaczyłem, że nie jestem nie tylko katolikiem, ale w ogóle nie jestem wierzący, ksiądz profesor powiedział: "Ale jesteś człowiekiem, więc otrzymasz od nas najlepszy dar - solidną wiedzę i formację ludzką".

A jak wygląda formacja katolicka na KUL-u? Chciałbym to pytanie zadać rektorowi. Czy nie ma Wasza Magnificencja wrażenia, że kulowska formacja to kompletna klęska? Gdyby była coś warta, w momencie kiedy padło słowo "łajdak", studenci powinni wstać i opuścić salę. Mogli by też wynieść na kopach Brauna, ale zgodnie z polską tradycją "gość w dom - Bóg w dom". A Braun przez pomyłkę i zaniedbanie organizatorów był niestety gościem katolickiej uczelni. Co z formacją, Księże Rektorze?

Oddaję honor jedynemu sprawiedliwemu. Studentowi o wrażliwym sumieniu. A innym studentom mówię: katolicy uważają, że człowiek będzie kiedyś musiał zdać przed Bogiem rachunek z każdego wypowiedzianego słowa. Wy zdacie kiedyś przed swoim Bogiem rachunek także ze słowa nie wypowiedzianego. Wiecie kiedy.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

O definicję ludobójstwa stale spierają się specjaliści od prawa międzynarodowego, etycy, publicyści itd. Powstało już tych definicji wiele, ale żadna nie satysfakcjonuje wszystkich, więc spory trwają, a naród jak to naród ma i tak własny pogląd i tworzy "definicje" na własny użytek. Polacy, zwłaszcza "prawdziwi i patriotyczni" mają łatwiej. Ich pogląd sprowadza się do tego, że mord dokonany na Polakach jest ludobójstwem, spalenie żywcem ludzi w stodole było koniecznością, bo przymus okupanta, stosy Wielkiej Inkwizycji to troska o dusze ludzkie i wieczne zbawienie błądzących heretyków. Generalnie zbrodnie dokonywane na innowiercach, komunistach, Żydach czy gejach były dobre i usprawiedliwione, a zbrodnie dokonane na Polakach z gruntu złe i wołające o pomstę.

Najlepszym przykładem takiej postawy jest słynna tablica przyśrubowana do kamienia w Smoleńsku i zastąpiona przez Rosjan inną. Przypomnijmy, tablica umieszczona tam bez zgody gospodarzy i jak mniemam wbrew ich woli. Oburzenie było wielkie i odwołujące się do historii, moralności, zasad i czego tam jeszcze. Dla mnie decyzja Rosjan nie była słuszna, ale wyłącznie dlatego, że nie wykazali się delikatnością i dyplomacją. Natomiast mieli rację i mieli prawo tak postąpić.

Zastanawiam się co by było, gdyby na Okęciu rozbił się samolot z grupą Żydów udających się do Jedwabnego, by oddać hołd prochom spalonych. A następnie do Warszawy przybyłyby dwie żałobne żydowskie wdowy i bez zgody dyrekcji Okęcia oraz władz Warszawy przyśrubowały gdzieś tablicę mówiącą o zbrodni ludobójstwa dokonanego przez Polaków na ich "najlepszych synach i córkach", mężczyznach, kobietach i dzieciach. Jak by wówczas brzmiało przemówienie Jarosława Kaczyńskiego, oświadczenie rzecznika Błaszczaka czy wywiad Joachima Brudzińskiego? Nie ma potrzeby odpowiadania na tak zadane pytanie. Odpowiedź znamy wszyscy. Na tym właśnie polega przykładanie nierównej miary do czynów własnych i cudzych, choć motywy i cel tych czynów mogą być tożsame.

Nie jestem tak zarozumiały, by rozstrzygać spory czy podawać nieomylną definicję ludobójstwa. Mam jednak własne zdanie na temat tego, co jest, a co nie jest ludobójstwem. Moje zdanie nie jest dla nikogo wiążące tak jak nie jest wiążąca opinia profesora Kuźniara. Różnica polega tylko na tym, że mnie PPP, czyli "Prawdziwi Polacy Patrioci" mogą naskoczyć, a w przypadku doradcy prezydenta zażądano dymisji oraz prawdopodobnie ubolewano nad tym, że w "dzikim kraju" zbrodnia Kuźniara nie jest karana śmiercią.

Moim zdaniem mord w Katyniu był zbrodnią wojenną, a nie zbrodnią ludobójstwa.

Nie przemawia do mnie przesłanka z Deklaracji ONZ, że "ludobójstwem jest każde masowe i zorganizowane mordowanie równych sobie ludzi, niezależnie od motywacji mordu". Właśnie motywacja i cel mają dla mnie największe znaczenie. Nie okoliczności, nie status zbrodniarzy ani liczba ofiar, ale właśnie motywacja i cel, nawet jeśli nie udało się tego celu osiągnąć.

Zdarzało się wielokrotnie Napoleonowi, że kazał on mordować jeńców wojennych, by nie opóźniali pochodu armii i nie uszczuplali jej zapasów żywnościowych. Czy to było ludobójstwo? Nie. To była zbrodnia wojenna. A tym ona się różni od ludobójstwa, że z punktu widzenia "zbrodniarza wojennego" jest aktem koniecznym lub przynajmniej pożytecznym.

Ludobójstwo jest dla mnie zbrodnią, że ją tak nazwę - bezinteresowną. Morduje się ludzi, ponieważ są ludźmi i przynależą do określonego narodu, wyznają określoną religię, noszą brody (to już także było, to nie żart). Dlatego ludobójstwem są dla mnie morderstwa dokonywane przez Niemców na terenach okupowanych, gdy wojna formalnie się skończyła i nie mogła być "usprawiedliwieniem" zbrodni. Miała jednak wspólny mianownik - wyplenić narody podludzi. Podobny charakter miały wcześniej zbrodnie inkwizycji w celu wyrwania chwastów heretyckich, czy zbrodnie protestantów na katolikach o ile (i znów motywacja) zamiarem była eksterminacja wszystkich, choćby nawet cel nie został osiągnięty.

Dobrze, że kanonizowano Joannę d'Arc, bo konający na stosach w straszliwych męczarniach ludzie, których prochy rozwiał wiatr, a kości psy rozwłóczyły po ulicach chrześcijańskich miast mają swoją patronkę. Dobrze, że kanonizowano Maksymiliana Kolbe, bo prochy ofiar hitlerowskiego ludobójstwa, które użyźniły polską ziemie, mają swego patrona. Tak samo prawdopodobnie postąpił profesor Marian Batko, wiezień nr 11795, ale o nim już niewielu pamięta. Bardziej pamiętamy doktora Janusza Korczaka, który dobrowolnie poszedł na śmierć ze swymi sierotami. Poszedł by do końca mówić dzieciakom, że jadą na wieś, gdzie łąka, las i rzeka, gdzie więcej niż na Krochmalnej jedzenia. Poszedł, bo nie chciał zostawić ich samych, takich małych, i bezbronnych, i wystraszonych. Poszedł, bo kochał i był przyjacielem dzieci. "Nie ma większej miłości nad tę, jeśli ktoś życie oddaje za przyjaciół".

Zbrodnia katyńska nie była początkiem eksterminacji całego narodu polskiego. Katyń był jednym z elementów oczyszczania przez Stalina przedpola, by Armia Czerwona, która wkroczyła na polskie ziemie na mocy porozumienia z Hitlerem, nie napotykała na większy opór. Stalin nie zamierzał wymordować wszystkich zamieszkałych tam Polaków, bo w końcu na zajętych terenach potrzebował niewolników. Powie ktoś - to mógł ich trzymać w obozach, a nie mordować. Mógł. Napoleon też mógł ciągnąc za sobą jeńców, ale nie chciał, bo to się "nie opłacało".

I wreszcie rzecz najważniejsza, która w moim przekonaniu odróżnia ofiary ludobójstwa od ofiar zbrodni wojennych. Chociaż wobec śmierci wszyscy są równi, choć śmierć w komorze gazowej czy w głodowym bunkrze może być śmiercią równie chwalebną jak śmierć na polu bitwy, to moim zdaniem, jest to śmierć inna. Ludobójstwo jest eksterminacją, dziełem obłąkanej ideologii, a ofiary ludobójstwa są ofiarami w pełnym tego słowa znaczeniu. W przypadku ludobójstwa trudno mówić o heroizmie, o woli walki. Ofiary ludobójstwa nie mogły zwyciężyć, ani zostać zwyciężone. Mogły tylko ulec przemocy, barbarzyństwu, bestialstwu. Dlatego ani powstańcy warszawscy, ani powstańcy z warszawskiego getta, ani polegli partyzanci, ani zamordowani w Katyniu nie są ofiarami ludobójstwa. Są żołnierzami, którzy polegli na polu chwały. Nazywając zamordowanych w Katyniu ofiarami ludobójstwa, odbieramy im to, co było dla nich najcenniejsze. Gotowość do walki, do obrony, do oporu. To byli obrońcy, choć zginęli zanim ojczyzna zażądała od nich krwi. To nie byli męczennicy jak ci z rzymskiego Colosseum, jak ci z obozów zagłady, jak Joanna d'Arc, Maksymilian Kolbe, Marian Batko, Janusz Korczak i tylu, tylu innych. To byli wyznawcy, żołnierze Polski walczącej. To byli Żołnierze. I nie odbierajcie im tego tytułu, nie odbierajcie im "chwały zwyciężonych".


wtorek, 19 kwietnia 2011
poniedziałek, 21 marca 2011

To już prawie rok. Powiedziano i napisano tyle, że autorzy literatury fantastycznej zamilkli, gdyż trudno im się przedrzeć przez himalaje absurdów. Pan Brudziński ubolewał, że ciało świętej pamięci leżało w błocie. I słusznie, bo przecież gdyby Ruscy się postarali, to tuż przed upadkiem samolotu mogli tam rozciągnąć jakiś kobierzec. Jeden z internautów przytomnie pyta: "Czy PiS chciałby by na 10 minut przed katastrofą były przygotowane katafalki z trumnami i postawione namioty służb medycznych robiących sekcję? Jak na tak prymitywne warunki, jakie były pod lotniskiem Siewierny, Rosjanie zachowali się godnie!!!!"

Potem się okazało, że ciało było na noszach, ale to żadna pociecha, bo nosze w błocie. Przełożono więc ciało do trumny. Jeszcze gorzej, bo trumna ruska. Panu Brudzińskiemu wiersz śliczny się przypomniał, który nawet chciał przez łzy zacytować "Przywróć nam chleb z polskiego pola, przywróć nam trumny z polskiej sosny". Chciał zacytować, ale w porę się powstrzymał. Wszak słów tych nie napisał prawdziwy Polak, lecz zwykły Żyd.

Jak ty się mogłeś dobry Panie Boże tak pomylić i nam Polakom takie świństwo zrobić? Wszak prawdziwy Polak to Polak-katolik, a jak katolik to chrześcijaństwo, a jak chrześcijaństwo to Chrystus, a jak Chrystus to Żyd. Czy to mało było stajenek koło Zakopanego? A i pastuszkowie z Tatr by się zlecieli. No, może z osiołkiem byłby niejaki kłopot. Chociaż, czy ja wiem? W tamtych czasach pewnie też osłów nie brakowało. No i do Egiptu byśmy Dzieciątka nie przegonili. Nie było u nas króla. Nie tylko Heroda, ale w ogóle żadnego. Nawet Rzymianie w nasze strony się nie zapuszczali ze swymi barbarzyńskimi krzyżowaniami.

Przypominają mi się strzępy rozmów odpisane z czarnych skrzynek:

- Za wielką wodę na czterogwiazdkowego generała
- To będzie... makabra będzie. Nic nie widać
- Coś tam widać, może nie będzie tragedii...
- Pizda tutaj jest, widać na 400 metrów i podstawy poniżej 50 metrów, grubo
- Temperatura 2, ciśnienie 7-45, warunków do lądowania nie ma

- Panie dyrektorze, wyszła mgła
- No to mamy problem...
- Ił dwa razy podchodził i chyba gdzieś odlecieli
- Na razie nie ma jeszcze decyzji prezydenta, co robić dalej.
- Jak nie wyląduję, to mnie zabiją
- Wkurzy się, jeśli jeszcze...
- TERRAIN AHEAD... TERRAIN AHEAD... TERRAIN AHEAD... TERRAIN AHEAD...
- PULL UP! PULL UP! PULL UP! PULL UP! PULL UP!
- Kurwa mać!
- KKUURRWWAA!

Podobno Super Expres (w równym stopniu "super" co i "express") opublikował zdjęcie dwóch przykrytych ciał (twierdzi, że to ciała Kaczyńskiego i Putry), których pilnują BOR-owiki. Super Express wiedział co robi. Dał cynk, a resztę zrobili internauci. I kolejna wrzawa nad ciałami. Głosy rozsądku mieszają się z głosami fantastów, specjalistów od lotniczych katastrof i polskiej polityki zagranicznej, zwłaszcza w stosunku do Rosji. Trafiają się też pobożne życzenia Polaków-katolików w rodzaju "Ty ścierwojadzie jak zdechniesz niech psy rozniosą twoje ścierwo".

Siedzę więc i czytam:

"FAKT! Nikt z większa determinacją, zaciętością, kompleksami niższości, kołtuństwem, obskuranctwem, brakiem instynktu samozachowawczego, umiaru, dystansu do siebie i zaściankowego tumaństwa i furią tępego frustrata nie jest w stanie upodlić Polaków jak SAMI POLACY!
A szczególnie część z nich uważajaca się za TYCH jedynych prawdziwych Polaków, patriotów i katolików, odmawiająca innym Tego miana i odsądzajaca ich od czci i wiary.
Krzyczący głośno o katolicyźmie jako fundamencie i kulturowej osi naszego narodu. Wojowniczy obrońcy krzyży i wyznawcy religii miłości bliźniego i wybaczania swym wrogom w duchu nauk Chrystusa, są w Polsce tymi, którzy nie dość, że nie są wybaczyć niczego i nikomu. Ale również tymi, którzy (gdyby mogli) powywieszali wszystkich nie podzielających ich poglądów...
Polska widziała, słyszała i od roku jest łojona po głowie wykopanym trupem prezydenta, którym Jarek wywija, jak na jaskiniowca przystało, niczym polityczną maczugą siedząc okrakiem na trumnie brata niczam na jadącym na oślep buldożerze.
Wyprzedzający nas mentalnie o stulecie, nowoczesny i rozgarnięty świat śmiał się z pobłażliwym politowaniem i robi to nadal, z anachronicznej bigoterii, histerii z krzyżami, burd, masochistycznego pławienia sie w naszej traumatycznej historii, rozdrapywania ran, podsycania resentamentów i darcia szat.
Rzekome upokorzejie niektórych, funkcjonuje jedynie w ich zakompleksionych kato-talibskich rozumkach, których horyzonty nie sięgają wiele dalej niż granice ich parafii..."

Trudno się z tym nie zgodzić. Jak trudno się nie zgodzić z innym internautą:

"Na pokład samolotu lecącego do Smoleńska wsiadł człowiek, "mały", kłótliwy, przeciętny prezydent, zaściankowy i ksenofobiczny, mierny polityk. Autor słów: "spieprzaj dziadu", "małpa w czerwonym", "załatwię cię stokrotko", nie znający słów hymnu Polski. Pośmiewisko nie tylko polskich satyryków ale całej Europy, prezydent z rekordowo niskim poparciem społecznym poniżej 20%... W trumnie ze Smoleńska przywieziono: "wybitnego męża stanu", "patriotę", "bohatera narodowego", "ojca narodu", "największego Polaka", "równego królom", "Prezydenta 1000 Lecia"

Emocje narastają, ludzie się przekrzykują:

"Kaczyńscy próbowali pogonić to towarzystwo wzajemnej adoracji dla tego zostali rzuceni na pożarcie Rosyjskim oprawcom i Mózgżercom Polskiej mediokracji" - głosi jeden.

"Cześć pamięci najlepszego prezydenta" - rzuca drugi, a następna już wpada w histerię: "POLSKA jest na kolanach. Upodlona. Chce tuska pod sąd!!!" Tuska pisze małą literą. Niech ma za upodlenie narodu! Długo jednak nie czeka na odzew: "Jedynie twoja kołtuńska i zakompleksiona Polska jest na kolanach. Moja Polska jest normalna i idzie do przodu, a nie grzebie w trupach..."

Nie brakuje też dociekań w rodzaju:

"A dlaczego Anton Macarenko, gdy tupolew zwalił się na ziemię, zamiast lecieć i bronić "swojego" prezydĘta przed rosyjskimi siepaczami, natychmiast czmychnął stamtąd pierwszym nadarzającycm się środkiem transportu?"

Ktoś lepiej zorientowany dopowiada: "Podobno nocą w przebraniu starego oficera NKWD przedarł sie przez ganicę".

Internauci już zmęczeni. Wytracamy pierwszy impet. Przychodzi pora na podsumowanie i zmianę tematu:

"Wszyscy prezydenci po 1989 r. byli lepsi od prezydenta 1000-lecia, który zasłużył się tylko tym, że był pierwszym prezydentem zdalnie sterowanym bezprzewodowo z jakiegoś mieszkania na Żoliborzu, przyczynił się do wybuchu wojny gruzińsko-rosyjskiej i zmarł w tragicznych okolicznościach. Może i był dobrym synem, ojcem, bratem, dziadkiem, ale prezydentem był miernym i tak go oceni historia bez względu na to, gdzie spoczęły jego doczesne szczątki". Nic dodać, nic ująć. I taka jest ta prawda, która wyzwala, a nie ta o dobijaniu rannych z tupolewa strzałem w tył głowy.

O, ktoś nas pociesza: "ciało papieża będzie rozczłonkowane z powodu dużego zapotrzebowania na relikwie, nie wiem, czy coś zostanie, pewnie nic.. wszystko się może przydać. dla dobra ludzkości... myślę że z byłym prezydentem powinno stać się to samo, w końcu to bojownik o naszą niepodległość, który poległ walecznie w walce na polu chwały!"

Ktoś inny do nas apeluje: "Od początku 2011 nie czytam już nic na temat Smoleńska i gorąco wszystkich namawiam do przyłączenia się do tej akcji! /.../ Ja już zdecydowanie przedawkowałem ten temat. Smoleńsk zostawcie Kaczyńskiemu i niech sam przed lustrem szuka winnych oraz tych, którzy w to uwierzą. A reszta niech się zajmie tym by w Polsce za 20 lat nasze dzieci miały lepiej niż my teraz!"

A kiedy zabrakło argumentów, towarzystwo przerzuciło się na ortografię, która jest - jak wszyscy wiedzą - najważniejszym elementem oceny prezydentury. Ci, którzy sami nie znają ortografii rozpoczęli gaworzenie o Żydach. Czyli jak zwykle :)

I wreszcie odprężenie. Poezjo, jakie twoje imię? Poezjo, skąd w tobie ta moc?

Kto ty jesteś?

Jam Kaczorek


Skąd przybywasz?

Prosto z Tworek.


Jaki znak twój?

Jad spieniony.


Czego nie masz?

Konta, żony....


O czym marzysz?

O korycie.


No, a Polska?

Chyba kpicie.


A co z Lechem?

Będzie świętym.


Pomnik?

Stawiam fundamenty.


Coś o Tusku?

Nienawidzę!


A co z PO?

Nią się brzydzę.


Zmowy, spiski?

Widzę wszędzie.


Rydzyk?

On papieżem będzie.


Naród cały?

Wprost mnie kocha.

Dziękuję.

Noooo ... czas na procha.

(and-j1)

niedziela, 01 sierpnia 2010
Kandydat lewicy na prezydenta Warszawy powiedział dziś w TVN, że popiera chory pomysł nadania Muzeum Powstania Warszawskiego imienia Lecha Kaczyńskiego. Mam nadzieję, że pytanie dziennikarza go zaskoczyło. Mam nadzieję, że to był "wypadek przy pracy", a nie przekonanie.

Pomysł budzi mój głęboki sprzeciw!

Czy komuś przyszło by do głowy nadać Muzeum Oświęcimskiemu imię Józefa Cyrankiewicza czy Maksymiliana Kolbe? A może imię pierwszego komendanta obozu, który zlecił jego budowę? Czarny dowcip, wiem!

Muzeum Obozu Oświęcimskiego już ma patrona - jest imienia Milionów; Muzeum Holocaustu w Washingtonie już ma patrona - jest imienia Milionów. Muzeum na Wawelu, gdzie spoczywają polscy królowie i bohaterowie oraz państwo Kaczyńscy też ma już patrona - jest imienia Narodu Polskiego. To piszę na wszelki wypadek, by komuś nie przyszło do głowy nazwać Wawelu imieniem ostatnio pochowanych.

Muzeum Powstania Warszawskiego też ma patrona - jest imienia 200 tysięcy, także bezimiennych, którzy z ran, bez pomocy, konali na ulicach polskiej stolicy. Jest imienia tych, których z imienia nie wzywa się na apel poległych, tych, którzy nie mają marmurowych sarkofagów, lecz małe mogiłki, w których spoczywa wielkość.

Opanujcie się więc, Rodacy. Nie powtarzajcie tego śmiesznego amoku, który Was naszedł i kazał w każdym mieście budować pomnik Jana Pawła II, nazywać jego imieniem ulice, place, szpitale, szkoły i co tam jeszcze. Tym razem by było jeszcze śmieszniej!

niedziela, 11 lipca 2010

A może jednak bóg jest? Może rzeczywiście stworzył wszechświat i wszystko co na nim? Jeśli tak, to posłuchajcie bajki prawdziwej:


To było przed wiekami. Nie było ani nieba, ani ziemi, ani morza. Był chaos. A bóg był jeszcze małym chłopcem i nie miał żadnego doświadczenia w stwarzaniu. Choć już wiedział o co mu chodzi. Najpierw stworzył niebo, gdzie zamieszkał i ziemię, na której postanowił eksperymentować. Oddzielił więc ziemię od wody i stwierdził, że to co robi jest dobre. Ale co to za przyjemność robić coś i nie mieć komu się pochwalić. Stworzył więc bóg aniołów. Niby to istoty doskonałe były, oczywiście nie tak doskonałe jak bóg, ale jakieś takie... Miały skrzydła, a nie latały. Wylegiwały się na chmurach, czasem śpiewały, czasem się kłaniały, ale nic poza tym. A kilku nawet się zbuntowało. Za karę wyrosły im kopyta i ogon, a skrzydła tak wyleniały, że mogli fruwać tylko w dół. I tak trafiły do piekła, które do dziś służy bogu jako śmietnik na nieudane stworzenia, głównie ludzi, choć ci podobno są najbardziej udani, bo powstali na końcu cyklu produkcyjnego, kiedy bóg miał już największe doświadczenie.


Usiadł więc bóg-chłopiec i lepił sobie z gliny różne stworzonka. Pantofelek okazał się tak durny, jak tylko jednokomórkowiec durny być potrafi. Komar! O, ten się udał. Latał sobie i bzykał. Ugryźć boga nie mógł, bo bezkrwisty. Słuchał więc bóg komarzego bzyczenia i lepił, lepił, lepił. Nagle jedno z ulepionych stworzeń skoczyło i pożarło komara. To żaba. "Och ty w torbę biedna" - pomyślał bóg i szybko stworzył bociana. Co się stało nawet dziecko wie. Bociany bowiem zjadają żaby, przynoszą dzieci oraz dają szczęście członkom PSL i Samoobrony.


A potem już poleciało. Zajączek udał się bogu. Milutkie futerko, śliczne słuchy, szybkie skoki. Bóg chciał go pogłaskać, a on kic! "Och, ty niewdzięczniku" - pomyślał bóg i stworzył wilka. Jak się cieszył, kiedy kostki zajączka trzeszczały w wilczych zębach, a krwawe strzępy szaraka walały się wokół. Wilkowi odbiło się sierścią i poszedł się zdrzemnąć. Ziemia się zapełniała i coraz głośniejszy jęk dobiegał do uszu boga. Jęk małego bawoła zjadanego żywcem przez lwy i jęk małego lwiątka, tratowanego kopytami przez stado bawołów; niedosłyszalny przez człowieka przedśmiertny krzyk robaka zjadanego przez ptaka i ptaka zjadanego przez innego drapieżnika.

Ale coś nie grało. Okazało się, że lew, tygrys, sokół, rekin nie chcą zabijać, jeśli nie są głodne. Więc czasem jęk dochodzący z ziemi słabł, co bardzo boga denerwowało. I wtedy... stworzył bóg człowieka. Na obraz i podobieństwo swoje go stworzył. Panem stworzenia go uczynił. I pan stworzenia zaczął od kradzieży jabłek w cudzym ogrodzie a skończył... No, właśnie, gdzie skończył?

Pan stworzenia już nie tylko z głodu zabijał. Zabijał też dla przyjemności. Nie tylko inne gatunki zwierząt zabijał. Zabijał również swoich braci... innych ludzi. Bo na obraz i podobieństwo swoje go stworzył. I od tamtego czasu, podnosi się z ziemi wielki jęk mordowanego stworzenia. Wielki i nieustanny.

03:30, abdank27
Link Komentarze (1) »
środa, 30 czerwca 2010

Wędrowali 40 lat. Mojżesz kluczył i zwlekał. Wiedział, co robi. Musiało na pustyni wymrzeć pokolenie niewolników. Do ziemi obiecanej musiał wkroczyć naród wolny, nie obciążony mentalnością niewolnika. A po drugie, ziemia obiecana przez Jahwe była zamieszkana. Musieli się narodzić wojownicy, którzy ją zdobędą. Nawet sam Mojżesz nie wszedł do ziemi mlekiem i miodem płynącej. Zobaczył ją tylko z daleka, z góry.

Na pustyni pokorni niewolnicy Egiptu zamienili się w drapieżny naród, który mordował wszystko, co na swojej drodze napotkał. Z powierzchni ziemi zniknęli Chetyci, Amoryci, Kananejczycy, Peryzzyci, Chiwwici, Girgaszyci i Jebusyci, mieszkańcy dzisiejszej Jerozolimy, która nosiła nazwę Jebus. Zwykle mordowali wszystkich - mężczyzn, kobiety, starców i dzieci. Czasem pozwalano żyć małym dziewczynkom, zamieniając je w seksualne niewolnice.


Minęło kilka tysięcy lat i w małym miasteczku w Judei przyszedł na świat Jezus. Urodził się w Betleem, więc mówimy na niego Jezus z Nazaretu :)

To był dobry człowiek. Wierzył w Jahwe, ale zupełnie inacze go sobie wyobrażał. To już nie był surowy i zazdrosny strażnik ludzkich czynów, lecz kochający ojciec. Przykazania Mojżesza sprowadził do dwóch - do przykazania miłości boga i bliźniego. Stwierdził, że wszystko jest niczym, a miłość wszystkim. Miłosierdzie, pokora, cichość, czystość serca, pragnienie sprawiedliwości, ubóstwo, radość z prześladowań, czyli nie sprzeciwianie się złu uczynił kamieniami milowymi swojej nauki. Pokój, a nie miecz miał charakteryzować jego wyznawców. Miłość mianował SWOIM przykazaniem, NOWYM przykazaniem.

Tylko raz jeden według Biblii zachował się jak mściwy Jahwe. Był głodny, nie pierwszy raz zapewne. Napotkał drzewo figowe, a nie znalazłszy owoców tak się wpienił, że przeklął je i drzewo uschło. Pewnie ktoś już przed nim zerwał figi i zeżarł, jak te dwa samce w "Seksmisji", co zeżarły święte jabłka z podziemnego rezerwatu przyrody. Cichy i pokornego serca zemścił się na drzewie.


Nie chciał zniszczyć judaizmu, chciał go zmienić. Porwał się z motyką na słońce. Nie był nawet z pokolenia kapłanów. A kapłani byli silni. Kraj, co prawda, był pod okupacją, ale Izrael tak był przywiązany do wiary w jednego boga, Jahwe, że każdy zamach na religię i świątynię spotykał się ze zdecydowanym sprzeciwem. Rzym o tym wiedział, więc surowo przykazał swoim urzędnikom, by nie prowokowali Żydów, zwłaszcza w sprawach religijnych. Wielu bogatych Żydów kolaborowało z okupantem, by zachować swój stan posiadania. Kapłani zachowywali rezerwę, gdyż musieli być "czyści", a każdy bliski kontakt z poganinem sprowadzał nieczystość rytualną. Nie uznawali też rzymskich pieniędzy, bo miały wizerunek cesarza, a to sprzeciwiało się religii. Ale każdy, kto bardzo kocha pieniądze, potrafi ominąć drobne niedogodności. Jeśli nie wierzycie, spytajcie ojca Rydzyka.

Wprowadzili więc kapłani walutę świątynną, co jeszcze bardziej zwiększyło ich zyski. Ci którzy pragnęli złożyć ofiarę w świątyni, musieli kupić zwierzę ofiarne, a kupić zwierzę mogli tylko za walutę świątynną, aby ją zdobyć trzeba było wymienić oficjalne monety na świątynne, oczywiście płacąc za wymianę. Jak dzisiaj w bankach.


Nie wiemy co robił pomiędzy dojściem do pełnoletniści, a czasem gdy znów się pojawił, jako ludowy kaznodzieja. Należy przypuszczać, że poświęcił ten czas na naukę i rozwój osobowy, który - jak wielu przed nim i wielu po nim - pozwalał mu czynić rzeczy dziwne i niezwykłe, nazywane cudami. To musiały być rzeczy znane, skoro nie dziwiły ani kapłanów, ani faryzeuszy, nie rzuciły ich na kolana.

Cuda przyciągały do niego ludzi, ale ludzi prostych. Z elity intelektualnej, udało się Jezusowi porozmawiać tylko z Nikodemem, którego fascynował i który go podziwiał, ale nie do tego stopnia, by zaryzykować jego obronę przed sądem Sanhedrynu.

A czas naglił. Jezus wiedział, że musi się zdobyć na czyn heroiczny, bo inaczej cały jego wysiłek pójdzie na marne. To musi wstrząsnąć wszystkimi. Musi umrzeć. Jego krew uratuje ideę. Jeśli będzie żył, a nic się nie zdarzy, skończy jak wielu "mesjaszy" przed nim. Ale Żydzi wcale nie mieli zamiaru go zabijać. Potężna świątynia nie przejmowała się ludowym folklorem. Musiał ich sprowokować.

I sprowokował. Najpierw przy pomocy przyjaciół zorganizował sobie triumfalny wjazd do Jerozolimy (do dziś obchodzony jako Niedziela Palmowa), zainteresował tłumy przybyłe akurat z całego świata na święto Paschy, a następnego dnia zaatakował kapłańskie biznesy. Poprzewracał stoły świątynnych bankierów, uwolnił skazane na okropną śmierć zwierzęta i przegonił kapłańskich handlarzy. I zniknął. Wiedział, że go dopadną. Jego nauka ich nie interesowała. O rzekome "bluźnierstwa" nie dbali. Ale utraty zysków darować nie mogli i nie darują.

A Jezus miał do zrobienia jeszcze jedną, ostatnią rzecz. Ustanowić kult. Ustanowić ofiarę, która jego samego przetrwa. Religia bez ofiary nie jest religią. Religia żydowska dopuszczała składanie ofiar tylko w świątyni jerozolimskiej. Synagogi rozsiane po całym świecie nie były świątyniami, bo nie było tam składania ofiary. To były domy modlitwy. A Jezus chciał, by jego naukę roznieśli uczniowie "na cały świat". To co zrobił, było genialne. W ofiarach żydowskich uczestniczyło ciało i krew. Ciało zabitych zwierząt i ich krew, którą kapłani polewali i skrapiali ołtarz. "To jest ciało moje, które za was będzie wydane. To jest krew moja nowego i wiecznego przymierza, która za was będzie wylana... To czyńcie na moją pamiątkę". Prawie wszyscy chrześcijanie znają te słowa. Słowa, które wypowiedział zastępując mięso ofiarnych zwierząt, czy paschalnego baranka - chlebem, a krew - winem. Niby proste, a jednak genialne. "Ile razy to czynić będziecie, na moją pamiątkę czyńcie". Nic więcej nie trzeba było, by stało się nowe przymierze, nowa religia z ofiarą, jako jej nieodzowną częścią.


Już wcześniej Jezus wysyła Judasza. Każe mu czynić, co ma czynić. On wiedział co robi i wiedział, po co wysyła najsprytniejszego ze swoich apostołów. Trzeba było pomóc kapłanom w aresztowaniu go. Judasz wykonywał polecenia Jezusa, ale nie wiedział wszystkiego. Nie wiedział jak się to skończy. Zwłoka mogła całą sprawę zniweczyć. Jezus wiedział, że wszystko musi się odbyć między piątkowym zachodem słońca, a niedzielnym porankiem. Wtedy wszyscy Żydzi zajęci obchodami największego swojego święta nie wyjdą z domów.

Został pojmany w parku na Górze Oliwnej. Judasz zdradził, ale nie zdradził. Sądził, że wszystko dobrze się skończy. W końcu chodziło o zwykłą awanturę z kapłanami o kasę. Kapłani jednak wiedzieli, że jeśli oskarżą Jezusa o to, co faktycznie zrobił, Piłat tylko się ucieszy, bo kapłanów nie lubił, skarze Jesusa na chłostę i puści wolno. Ani kapłani, ani Jezus tego nie chcieli. Kapłani wiedzieli, że muszą oskarżyć Jezusa o coś, co do tego stopnia zaniepokoi Piłata, że skarze winowajcę na śmierć. Była tylko jedna taka sprawa - bunt przeciwko Rzymowi. Ogłosił się królem Izraela - brzmi oskarżenie-pułapka. Takiego oskarżenia Piłat nie mógł zlekceważyć. Zwłaszcza, że sam oskarżony jakby współpracował z oskarżycielami. - Jesteś królem? - Sam powiedziałeś. Ja jestem królem. Jezus jakby bawił się Piłatem. Chce go sprowokować, by przyśpieszyć wyrok. Miesza mu więc w głowie: - Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. O czym ten facet mówi - pomyślał zapewne Piłat. Dochodzi do wniosku, że na do czynienia z niegroźnym szaleńcem. Ale kapłani naciskają. Czy cezar zrozumie, że uwolnił szaleńca, a nie groźnego wroga Imperium? Piłat próbuje ostatniego tricku. Jezus jest Galilejczykiem, więc Piłat odsyła go do Heroda, uznając jego jurysdykcję w tej sprawie. Herod, przyjaciel cezara, jest za mądry, by się na to złapać. Fortel się nie udaje. Jezus wraca do Piłata, jeszcze jedna nieudana próba ratowania niewinnego - Barabasz opuszcza więzienie. Jezus skazany na śmierć przez ukrzyżowanie.

ciąg dalszy nastąpi


 
1 , 2 , 3 , 4